Prolog

 Tego dnia  w Kum Kum City była bardzo brzydka pogoda. Deszcz padał już chyba od 6 godzin a   chmury  sprawiały wrażenie jakby było ciemno. Co parę minut przez niebo przechodziła błyskawica a czasem nawet piorun. Ulice miasteczka były opustoszałe i nie było słychać nic prócz deszczu i wiatru. W oknach  niektórych domów świeciło się światło i poruszały się sylwetki ludzi, pod płotem jednego z domów poruszała się żaba. Nie była to jednak żaba trawna jakie najczęściej występują w Wielkiej Brytanii, lecz młody osobnik rasy buczek południowoafrykański. Za nim podążały trzy inne żaby: szczupła żaba pomidorowa, żaba szklana a na ostatku podążał kumak dalekowschodni.                               -Czy choć raz nie moglibyśmy iść do tego Dębu w normalną pogodę? -Marudził kumak. -Deszcz owszem jest fajny ale burza to już lekkie przegięcie, po co w ogóle są burze komuś do czegoś są  potrzebne?  Gdy kumak to powiedział buczek  zatrzymał się a za nim żaba szklana i pomidorowa.                                         -Nie mów tak Somi, przyroda tak stworzyła świat- Powiedział spokojnie buczek. -Podziękuj jej lepiej, że stworzyła twój gatunek.  -Właśnie, burze może i nam nie sprzyjają ale są stworzenia, dla których burza to raj na ziemi. -Dodała żaba pomidorowa, która była w towarzystwie jedyną dziewczyną. Somi spuścił wzrok za swoje łapy. -Proszę was chodźmy szybciej, ja chcę do bezpiecznego dębu. -Szepnęła żaba szklana, która była przerażona. Buczek spojrzał na niego troskliwym wzrokiem. -Kuba ma rację -Powiedział unosząc głowę- Deszcz nieprędko się skończy a my mamy jeszcze dobre kilkaset skoków do Naszego Dębu. -Mówiąc to odwrócił się i poszedł dalej a za nim ruszyła gęsiego reszta. 

                                                                           * 

Tymczasem w więzieniu jeden z strażników pilnujących więźniów otworzył oczy i stwierdził, że został uderzony pałką w głowę. Odwrócił się a tym co zobaczył były otwarte drzwi  do celi a w niej dwaj nieruchomi i zakrwawieni mężczyźni. -O nie! -Krzyknął podbiegając do więźniów. Przyłożył rękę do czoła jednego z nich po  czym zachwiał się i podbiegł do drugiego. Wyjął z kominiarki krótkofalówkę. -05 do 00 -Powiedział - Przyślijcie karetkę do więzienia, Join (czytaj Dżoin) Kaplica uciekł i jeden z jego współlokatorów nie żyje a drugi jest ciężko ranny! -Krzyknął.

Komentarze

Prześlij komentarz